niedziela, 1 kwietnia 2012

Znowu o Vieweghu

Zanim o Cudownych latach pod psem parę słów jeszcze o samym Vieweghu. Rzecz to niebagatelna, ale gość miał istotny wpływ na mojego ośmiomiesięcznego labradora. By jednak nie być gołosłownym, nie chodzi o wybór karmy z podobizną autora, co by się nasuwało, zważywszy priorytety labradora, i w tym jeden na samej górze tej piramidy, jeść. Nie stosujemy też metod wychowawczych dla psów z książki o której za chwile, a które ojciec Viewegha (prawdopodobnie) stosował wobec bestii o imieniu Beauty. Co więc ?
No tyle że mój pies nazywa się Pažout. Ktoś wzdrygnie się i zapyta: no i…..? Olaboga…..tak nazywał się pewien paskudny typ w filmie Roman pro ženy według prozy autora. Szczerze to po dziś dzień z żoną myślimy, że cechy głównego bohatera mocno obciążyły psychikę naszej czarnej pociechy. Dość powiedzieć, że filmowy Pažout wychędożył matkę i filmową córkę, nasz domowy z kolei brał się za poduszki i dorosłe labradorki, zanim w ogóle na horyzoncie u niego pojawiły się jajka, ciągle namiętnie oblizywane w przerwach między lizaniem nas. Weterynarz mówi, że to taka szczenięca próba dominacji, ja tam mu nie wierzę za grosz.
No, ale by nie popadać nadmiernie w prywatę, o Cudownych latach trochę. To druga książka autora na której polskie tłumaczenie sporo nam kazano czekać, w tym wypadku jednak cierpliwość bardzo popłaciła. Od pierwszej strony Viewegh próbuje nas rozbawić sceną porodu, co wychodzi mu pierwszorzędnie, i tak już w zasadzie pozostaje do samego końca. Przestajemy się śmiać tylko po to, by paść rozłożonym ze śmiechu już po chwili.
Książka nie jest nierówna, nie nudzi, anegdot i jajcarstwa jest w niej pod dostatkiem, a  sam autor, tak sobie myślę, przy jej pisaniu musiał się znakomicie bawić. Sama fabuła układa się  w dziennik małego Kvida, bacznego obserwatora rodzinnych i historycznych perypetii, co Viewegh przeplata rzekomymi perturbacjami z recenzentem, niepozostawiającym suchej nitki przy powstawaniu książki.
Jest w Cudownych latach cudowna czeska prostoduszność, autor sufluje jak Hrabal życiowymi historiami, trochę pewnie je retuszując, ale nie na tyle, by uniknąć gniewu pozostałych członków rodziny. Mamy tedy babcie dzielnie stawiającą czoła epoce i jeżdżącą na wycieczki prawie zawsze na wschód, bo to ponoć odmładza, co odbywa się za cenę jarskiej kuchni fundowanej przerażonej tym rodzince. Mamy suczkę rasy owczarek niemiecki, przechrzczoną na wdzięczne Beauty, by nie straszyć pozostałych domowników, a kupioną za wymuszone 3500 koron w transakcji wiązanej za przydział na dom. Jest też ojciec Kvida, patologiczny konformista, nie licząc członkostwa w KPCz, zdegradowany do roli ciecia i dzielący czas między sesje z psychiatrą, kolejnym imperialistą na indeksie, a stolarką w piwnicy, czego finałem okazuje się przygotowywanie sobie trumny. No i na koniec jest Kvido, ekscentryczny jak cała familia, i przygotowujący techniczne detale swojej seksualnej inicjacji, wliczając w to nachylenie skarpy, w razie gdyby rzecz odbyła się w plenerze, pozycje i temu podobne. Oczywiście wszystko, co dostajemy  rozbrajająco szczerze, po to by wypaść na pierwszym ”OS-ie” miłosnych przygód. Przewalają się takie numery setkami ,więc już ich nie mnóżmy. Dość rzec, że Viewegh, a już na pewno Cudowne lata pod psem warte są mszy.

Zapisywacze ojcowskiej miłości

W świecie mentalności domu towarowego nie łatwo być zwyczajnym, wszyscy razimy oryginalnością, jesteśmy nietuzinkowi, błyskotliwi, mamy szeroką wiedzę, a nasza angielszczyzna ociera się  o perfekcyjność godną wysoko urodzonych wyspiarzy. No tak to już po prostu w świecie jest i nie warto tu szukać dziury w całym. Zresztą cały ten nasz  bagaż talentów i zdolności nie przyszedł sam. Tak choćby native speakerem staliśmy się po całych sześciu miesiącach pracy na zmywaku w Anglii, wszak nic od razu, z oryginalnością trzeba było nieco wycierpieć, tatuaż na dupie ....a jakże poprzedza jednak odrobina bólu, a wiedza….no co wiedza, trzeba było nad nią parę wieczorów posiedzieć. By jednak wstępu nie wydłużać , morał jak był daleko tak jest, natrafiłem na kawał dobrej literatury zza południowej granicy.
Kawał tej literatury nazywa się Michal Viewegh, jest współczesnym czeskim pisarzem, z pewnością nie pozbawionym żadnej z cech ze wstępu, i choć akurat o jego angielszczyźnie nic nie wiem, warto się nad nim pochylić.
Przeczytałem jego dwa tytuły, Cudowne lata pod psem i Zapisywacze ojcowskiej miłości, z których teraz o tym drugim, bo świeższy. Na tym zresztą dorobek Viewegha się nie kończy, jest tego sporo więcej, do rzeczy jednak.
Viewegh się natrudził, bo stworzył kilka narracji wewnątrz pewnej rodziny, jest tu i sztywnawy ojciec, córka i zarazem siostra poznająca smaki pierwszych absztyfikantów, syn i brat zapisujący od maleńkości wszystko wokół, najczęściej pod stołem, no i w głównej roli rozwód. Z pozoru język nie olśniewa, bo zblazowanej nastolatce brak talentów literackich, ojcu, wojskowemu, w dodatku w przypływie szczerości przyznającemu, że książki w życiu to chyba nie przeczytał też do Szekspira daleko, no a najbliższy spinającej wszystko refleksji brat to w końcu szurnięty szajbus.
Jednak jak się okazuje te wygibasy formy czemuś służą, a w sukurs idzie sam autor przyznający że pisze dla córki, tak trochę na zaś, aby za parę sezonów pasowało jak ulał. I tak sobie myślę, że jak córka odziedziczyła choć odrobinę inteligencji ojca to wyciągnie sporo satysfakcji z lektury.
Według mnie idzie to jednak tak: naokoło nie brak pełnych najlepszych intencji nadopiekuńczych ojców, trafiających w próżnie, za każdym razem gdy chcą dobrze. Nie brak melancholii i sentymentu za małą dziewczynką, której się poświęciło kawał życia, trochę też egoistycznej pretensji o to że ona dorosła. Jest jakiś toksyczny eksces z lampką nad łóżkiem, którą niezwłocznie trzeba dorosłej i samodzielnie mieszkającej córce zamontować w sobotę rano, bo przecież takie sprawy nie mogą czekać..
Nie brak też córek, w oczach ojców ocierających się o prostytucje, za każdym razem gdy włożą odrobinę przykrótkawą spódnicę, wciąż szukających sobie podświadomie przyszłych mężów w oparciu o parę daneych z dzieciństwa.
Jest wreszcie epizod nieprzystawalności dwóch światów o różnych ambicjach, z których każdy ma racje i swoje uzasadnione pretensje, i z których każdy zasługuje na uwagę, oba jednak są w równej mierze błazeńskie i niepoważne.
Viewegh, a myślę że to gość z ilorazem, sporo się namęczył zanim napisał taką pozornie błahą humoreskę, parę zaś fikołków rodzinnych zaliczyć musiał z całą pewnością. Jeśli do tego dodać, że całość utrzymał w  ”zelenkowskim” sosie wiecznego dorastania, klątwy rozwodu rodziców, z których jedno pewnie posyła kompoty do Bośni, to wyjdzie nam z tego kawał znakomitej literatury, którą powinniście przeczytać.


Dobranocki dla Cassiusa


Napisanie  recenzji Dobranocki dla Cassiusa to jednak nie lada wyzwanie. Człowiek by chciał jak najlepiej, trochę ”poekumenizować”, zarazić rodaków czeską kulturą, tak by wiedzieli że Czesi to nie tylko piwo, lentilki i bułczane knedle, ale także kawał znakomitej literatury. Jednocześnie tak jak to u mnie często bywa z opowiadaniem filmów, zabijam fabułę, czy zdradzam finał, zanim na dobre zacznę się rozkręcać.
No i tu mnie dopadła rzecz podobna, bo Bohumil Hrabal to dla naszych sąsiadów figura ważna, więc wypadałoby go rozebrać do najdrobniejszej części, jak Hrabalowy ojciec co sobota pewien motor o nazwie Orion. Tymczasem nie dość, że będzie bardzo pobieżnie, to jeszcze jak według sprawdzonej autorskiej metody opowiadania filmów, od końca.
I tak, Dobranocki dla Cassiusa powstały na początku lat dziewięćdziesiątych, u schyłku życia ”plebejskiego” prześmiewcy, gdy ten był już mocno zgorzkniały, gonił się ze śmiercią która tuż tuż, a tu by się jeszcze sprzedało coś potomności z zestawu miliona pysznych anegdot. Może to z przyzwyczajenia, może to z nudy, chęć życia z całą pewnością to nie była, bo Hrabal ze śmiercią ”miał już ugadane”, jak się miało okazać kilka lat później.
No i też wyszło trochę nieźle, trochę nie. Jest niby stara rubaszność, ale jakoś już nie ta stara. Gdzieś Hrabal wydobył z otmętów pamięci jakąś anegdotę, jakąś stację kolejową, zgubiony gwizdek, panienki, ale wujek Pepin, czy syrenka na piersi, o których się czytało z wypiekami na twarzy, to to już z całą pewnościa nie jest.
Czas robi swoje niestety, nadgryza, choć wobec sławnego Czecha postąpił i tak łaskawie.  Wyszło więc dobrze dla nieznających jego literatury, dla znających już nie tak kolorowo. Dla mnie czwórka z malutkim plusem, z sentymentu, z sympatii i z wdzięczności za salwy śmiechu, które mi darował.
Na koniec tylko złożę jeszcze uroczystą obietnicę, że poświęcę Hrabalowi nie jeden wpis na blogu, i to pewnie bardziej przemyślany niż ten tu.