niedziela, 22 stycznia 2012

Kaprys historii


„Kaprys historii” to trzecia po ”Nieprawym Łożu” i ”Nobliście” część trylogii, podobnie jak dwie poprzednie, wielowątkowa i podobnie jak one przemyślana. Całości zaś dopełnia fakt, że mając za sobą pozostałe dwie pozycje, zostajemy przez Marcina Wolskiego uprzywilejowani, rozumiejąc więcej z łamigłówek fabuły tej trzeciej. Dla porządku więc infiltrowaliśmy przeszłość matki pewnego geografa za pomocą jego onirycznych wynurzeń, by znaleźć się ramię w ramię z historią powstawania w Polsce PPR-u i Powstania Warszawskiego. Dalej śledziliśmy zagmatwane koleje losu pewnego establishmentowego pisarza, prawdopodobnie barona Munchhausena, by zrozumieć więcej z polskiej części jesieni narodów.
Teraz zaś przyszedł czas, by pospołu z byłym powstańcem i leśnym, a  dzisiaj cenionym naukowcem, a także jego wnukiem, zapalonym młodym ipnowcem wtargnąć na ścieżkę poszukiwań tego środkowego, ojca i syna zarazem, tajemniczo zaginionego w noc poprzedzającą wybuch stanu wojennego. Wszystko to przy akompaniamencie dużej fortuny, której dorobił się nestor rodu, a która pozwala mu w tandemie z wnukiem i przy niemałym udziale jego siostry i siatki ”zaufanych” rozpocząć akcje ratowania syna.
Po drodze mamy luksusowe jachty i nurkowanie z niezapowiedzianą przygodą, szybko przemieszczających się w najróżniejszych kierunkach głównych bohaterów, i rzecz jasna, krzyżującego misternie przygotowane szczegóły akcji wroga zza wschodniej granicy. Nie ma niczego co wadzi, elementy się zasklepiają, a na boku i na dokładkę otrzymujemy sporych rozmiarów wykład autora o polityce w prawdziwie niepodległościowym duchu. Zdaje się w ogóle, że ta fabularna toaleta w którą wdziewa swoich bohaterów autor to jego odwieczne narzędzie do nieobcyndalania się z tym, co się myśli, a co z pewnością kłuje salon. Ale ostatecznie nie ma chyba większej radości niż zafundować parę plaskaczy naszej ukochanej elicie. Tę radość z pewnością ma i sam Wolski. A że przy tym daje nam porządną lekcję patriotyzmu, tym wspanialej.

Same problemy z tym pisaniem


Marcin Wolski przystępując do pisania Miejsca dla dwojga znów napotkał ten sam problem braku problemów, co przy każdej spośród swoich pozostałych trzystu dwudziestu czterech napisanych książek. Znów poszło jak z płatka, fabuła okazała się zwiewna, a portrety charakterologiczne postaci dawały pewność świetnie sprzedającej się całości, jednej ze wspomnianych, tym razem już, trzystu dwudziestu pięciu.
A jednak ta pozorna błogość pisania na kolanie wciąż ustępowała poczuciu nudy, okropnej i zdałoby się nieludzkiej, nie dającej chwili wytchnienia, by ot zgubić trochę istotnych faktów z dopinającej się fabuły, wyrzucić parę zabazgranych stron do kominka po drugiej stronie pokoju, czy wreszcie walczyć o happy end, który jak to happy end, przyszedł do głowy panu Marcinowi gdy ów  się golił. Dodać trzeba, że wspomniany pan Marcin ma golarkę, jakby ją określili korzystający z angielskiego narzecza, top of the range, dla której minuta na golenie to aż za nadto. Kawę też przyszło autorowi wypić w dojmującej nudzie, mając już wymyślone szkice kolejnych powieści. I tak na co dzień, słowem istny krzyż Pański.
A tak już zupełnie serio to takie się odnosi wrażenie przy tym znanym z prawicowych inklinacji dżentelmenie. W Miejscu dla dwojga mamy dwójkę bohaterów, oczytanego jedynaka i eunucha, powoli dorastającego do konstatacji, że pewnych marzeń to już raczej nie zrealizuje, i piękną młodą kobietę z prowincji, dla której stacja „spełnione marzenia” pojawiła się na horyzoncie zbyt szybko, i jak wszystko co zbyt szybko, musiała się wykoleić. Te ”chodzące nieszczęścia” będą się musiały, jakby to nie było nieprawdopodobne, spotkać, o co już Marcin Wolski solidnie się postara, okraszając nam tytuł eksterioryzacjami, podróżami w czasie, amerykańskim wywiadem i polskim półświatkiem. Wszystko to zaś dostarczy nam kawał frajdy, no i niestety ciut nostalgii za światem, na którym takie historie się jeszcze trafiają. To ostatnie musimy jednak przełknąć z inwentarzem ku ogólnej, finalnej uciesze.