Zanim o Cudownych latach pod psem parę słów jeszcze o samym Vieweghu. Rzecz to niebagatelna, ale gość miał istotny wpływ na mojego ośmiomiesięcznego labradora. By jednak nie być gołosłownym, nie chodzi o wybór karmy z podobizną autora, co by się nasuwało, zważywszy priorytety labradora, i w tym jeden na samej górze tej piramidy, jeść. Nie stosujemy też metod wychowawczych dla psów z książki o której za chwile, a które ojciec Viewegha (prawdopodobnie) stosował wobec bestii o imieniu Beauty. Co więc ?
No tyle że mój pies nazywa się Pažout. Ktoś wzdrygnie się i zapyta: no i…..? Olaboga…..tak nazywał się pewien paskudny typ w filmie Roman pro ženy według prozy autora. Szczerze to po dziś dzień z żoną myślimy, że cechy głównego bohatera mocno obciążyły psychikę naszej czarnej pociechy. Dość powiedzieć, że filmowy Pažout wychędożył matkę i filmową córkę, nasz domowy z kolei brał się za poduszki i dorosłe labradorki, zanim w ogóle na horyzoncie u niego pojawiły się jajka, ciągle namiętnie oblizywane w przerwach między lizaniem nas. Weterynarz mówi, że to taka szczenięca próba dominacji, ja tam mu nie wierzę za grosz.
No, ale by nie popadać nadmiernie w prywatę, o Cudownych latach trochę. To druga książka autora na której polskie tłumaczenie sporo nam kazano czekać, w tym wypadku jednak cierpliwość bardzo popłaciła. Od pierwszej strony Viewegh próbuje nas rozbawić sceną porodu, co wychodzi mu pierwszorzędnie, i tak już w zasadzie pozostaje do samego końca. Przestajemy się śmiać tylko po to, by paść rozłożonym ze śmiechu już po chwili.
Książka nie jest nierówna, nie nudzi, anegdot i jajcarstwa jest w niej pod dostatkiem, a sam autor, tak sobie myślę, przy jej pisaniu musiał się znakomicie bawić. Sama fabuła układa się w dziennik małego Kvida, bacznego obserwatora rodzinnych i historycznych perypetii, co Viewegh przeplata rzekomymi perturbacjami z recenzentem, niepozostawiającym suchej nitki przy powstawaniu książki.
Jest w Cudownych latach cudowna czeska prostoduszność, autor sufluje jak Hrabal życiowymi historiami, trochę pewnie je retuszując, ale nie na tyle, by uniknąć gniewu pozostałych członków rodziny. Mamy tedy babcie dzielnie stawiającą czoła epoce i jeżdżącą na wycieczki prawie zawsze na wschód, bo to ponoć odmładza, co odbywa się za cenę jarskiej kuchni fundowanej przerażonej tym rodzince. Mamy suczkę rasy owczarek niemiecki, przechrzczoną na wdzięczne Beauty, by nie straszyć pozostałych domowników, a kupioną za wymuszone 3500 koron w transakcji wiązanej za przydział na dom. Jest też ojciec Kvida, patologiczny konformista, nie licząc członkostwa w KPCz, zdegradowany do roli ciecia i dzielący czas między sesje z psychiatrą, kolejnym imperialistą na indeksie, a stolarką w piwnicy, czego finałem okazuje się przygotowywanie sobie trumny. No i na koniec jest Kvido, ekscentryczny jak cała familia, i przygotowujący techniczne detale swojej seksualnej inicjacji, wliczając w to nachylenie skarpy, w razie gdyby rzecz odbyła się w plenerze, pozycje i temu podobne. Oczywiście wszystko, co dostajemy rozbrajająco szczerze, po to by wypaść na pierwszym ”OS-ie” miłosnych przygód. Przewalają się takie numery setkami ,więc już ich nie mnóżmy. Dość rzec, że Viewegh, a już na pewno Cudowne lata pod psem warte są mszy.