poniedziałek, 31 października 2011

Z opóźnieniem i bez refleksu o pewnym czeskim filmie

Kariera czeskiej kinematografii na dużym ekranie w Polsce w ostatnim dziesięcioleciu nie była zbyt imponująca. Po znakomitych ”Samotnych” Petra Zelenki powiało ciszą przerwaną tylko na chwile ”Braćmi Karamazow”. A szkoda, bo rośnie nam za południową granicą pokolenie znakomitych reżyserów średnio-młodego pokolenia ze wspomnianym Zelenką, Janem Hřebejkiem, czy Janem Svěrákiem. Tym lepiej, że krótko po premierze ”Do Czech razy sztuka” doczekaliśmy się świetnego obrazu ”Czeski błąd” o którym więcej.

Film wydaje się wartościowy dla polskiego widza z co najmniej  dwóch powodów. Raz, że każe nam zmierzyć się z problemem lustracji, czego w polskiej kinematografii nie uświadczysz. Dwa, że robi to w sposób któremu trudno zarzucić jednoznaczność czy szablonowość. Po prostu Hřebejk  z problemem wziął się za bary, odważnie, co na ekranie widać. Uniknął jednocześnie, jak to często bywa w obrazach traktujących o rzeczach trudnych, ofiar, rozpisując historię i losy bohaterów odpowiednio szeroko. W rezultacie wynik przyszedł sam.

Hřebejk kreśli jesień życia dwojga zgodnych małżonków za którymi snuje się czekające swojej szansy skrywane kłamstwo o szyldzie VB (Veřejná bezpečnosť). On jest znanym i cenionym psychiatrą, mającym na dniach otrzymać nagrodę za piękną, opozycyjną kartę w życiorysie. Ona wtóruje mężowi dbając o domowe ognisko. Idylla, o której wielu pozostaje tylko marzyć, przerywa jednak podszyty fałszywą ambicją i hipokryzją zbieg okoliczności, a do gry wchodzi nieznany „trzeci” i rozbija w pył domowe status quo. Ot tej pory wrażliwy widz, wie że będzie już tylko smutno, nawet jeśli raz czy dwa zdarzy nam się zaśmiać. Pytania zaś pozostaną w głowie na długo.

Sam reżyser zręcznie wychodzi spod ich opresji suflując subtelnymi wskazówkami. Podrzuca więc nam dalekiego od dobrych intencji zięcia. Pokazuje emerytowanego funkcjonariusza VB, trapionego przez gościec, prawdziwego sprawcę nieszczęścia, który metodycznie i bez emocji rozpisuje portrety bohaterów swojej historii, a pod koniec filmu gasi urodzinowe świece w cieple rodzinnego domu (w tej roli wyborny Ladislav Chudík). Wreszcie znajduje miejsce dla niezawinionego emigranta Borka, ofiary bezpieczniackiego terroru, jego szwedzką przystań nowego życia, czy na zadośćuczynienie po latach, gdy okazuje się mieć córkę i wnuczkę. Wszystkie wskazówki w swoim czasie i w odpowiednich proporcjach, jak to u dobrych suflerów.











W paru słowach o ostatnim przejęciu Rzepy

Z pewnością nikomu, kto choć w małym stopniu interesuje się rynkiem mediów w Polsce nie mogły umknąć ostatnie inwestycje  właściciela Gremi Media, znanego krakowskiego biznesmena, Grzegorza Hajdarowicza. Od blisko dwóch lat jest właścicielem  tygodnika ”Przekrój” i miesięcznika ”Sukces”, na początku lipca kupił od Spółki Mecom 51,01% udziałów w Presspublice, a teraz zgarnął pozostałe 48,99% od Przedsiębiorstwa Wydawniczego ”Rzeczpospolita” będącego jednoosobową Spółką Skarbu Państwa.

Sam ciąg transakcji może nikogo by nie dziwił, nawet w świetle mało imponujących wyników samego ”Przekroju” którego sprzedaż spadła do 42,9 tys. egzemplarzy, czy samych zapowiedzi Pana Hajdarowicza o 150 tysiącach sprzedawanych egzemplarzy tego tytułu w trzyletniej perspektywie. Nie jest nawet ciekawe to, dlaczego tak mocno stąpający po ziemi inwestor, będący głównym udziałowcem grupy kapitałowej Gremi, kontrolującej między innymi spółki giełdowe NFI Jupiter, KCI SA, czy mający nieruchomości w Brazylii i inne rozliczne interesy, angażuje się w tak trudne przedsięwzięcie jak rynek prasy. Ostatecznie zawsze można uznać to za kolejny krok na drodze do dywersyfikacji finansowego portfela, kolejne wyzwanie, a jeśli to nie wyda się przekonujące, za fanaberie majętnego człowieka.

Ostatniej wersji sprzyja dziennikarski i opozycyjny epizod z życia naszego ”bohatera”, gdy na UJ wydawał bibułę w latach 80-tych, a na początku lat 90-tych był naczelnym ”Depeszy” w Krakowie. Jeśli zaś do tego dołożyć członkowstwo w KPN-ie z początku lat 90-ch, można by pomyśleć że mamy do czynienia z biznesmenem, któremu się zaroiło ”społeczeństwo obywatelskie” we własnym wydaniu. Nic z tego. Wszystko co poniżej niestety  nam taki obraz rzeczy komplikuje.

Zaczynamy powątpiewać, gdy tylko staje nam w ustach pytanie, dlaczego owej brytyjskiej spółce Mecom uniemożliwiano kupno reszty udziałów od Skarbu Państwa, a te same udziały odsprzedano Panu Hajdarowiczowi, krótko po tym jak Mecom na jego rzecz pozbył się swojego większościowego pakietu. Jeśli dodać do tego, że ten na pierwszy rzut oka niefrasobliwy zapaleniec, co raz deliberujący o wizji tabletowych mediów i stadium Gutenberga w jakim jakoby się znajdowały, póki co podtapia i to skutecznie swoje dwa dotychczas posiadane tytuły, wątpliwości się pogłębiają.

Gdy na dokładkę nie zanurzając się zbyt głęboko w finansowe królestwo autora naszego wpisu, okazuje się że w jednej z jego spółek prezesem zarządu jest były szef kontrwywiadu i były zastępca szefa WSI, Kazimierz Mochol robi się mętnie. Z krótkiego dossier tego człowieka wiemy, że za bytności jako zastępca wspomnianego WSI nadzorował zatrzymanie Zbigniewa Farmusa, asystenta ówczesnego wiceministra obrony Romualda Szeremietiewa. Jednocześnie krótko po tym został Prezydentowi Kwaśniewskiemu przedstawiony wniosek z rąk ówczesnego przełożonego Pana Szeremietiewa, a mianowicie Bronisława Komorowskiego awansowanie Pana Mochola na generała brygady WP. Nie wnikając - szczęśliwie czy nieszczęśliwie - Kwaśniewski odmawia, sam zaś Mochol ”idzie w biznesy”.

Zresztą ja sam przyznam, że nie wiem jak wspomniany passus ugryźć, bo wygląda to chyba po prostu tak: na pewnym etapie ”doing business” w Polsce wychodzi ono tylko za sprawą bezpretensjonalnego Pana w szarym garniturze, który zjawia się w murach firmy i jowialnie nie spiesząc się oznajmia: „ Chyba państwu mogę pomóc w przejęciu firmy X. Tu zostawiam swój numer telefonu. Ależ nam się tu porobiła druga Irlandia z tym deszczem, a ja znowu bez parasolki.”

 Nie sam Hajdarowicz tu przecież zawinił, on tylko tak jak niezliczone rzesze innych, znaczniejszych tuzów opozycji, wraz z tym jak mu III RP i własny spryt przysporzyły zer na koncie, utracił ostrość widzenia, a to co słuszne i chlubne w PRL, dzisiaj zdaje mu się tylko niepotrzebnym moralnym zbytkiem, na który go nie stać. Stać go za to na zameczek pod Krakowem, nowe plany biznesowe, Hummera i nieruchomości w Brazylii. Zresztą, ileż w nieskończoność można o tym uwłaszczaniu nomenklatury.

P.S. "Cieszy mnie, że tak ważny, opiniotwórczy tytuł jest dziś w polskich rękach. Transakcja zakończyła 22-letnią historię prywatyzacji polskiej prasy. Ostatni tak znaczący tytuł stał się w całości prywatny i niezależny" - podkreślił Grzegorz Hajdarowicz.




niedziela, 23 października 2011

Palikot, czyli z dziejów politycznego głupstwa

Z pisaniem o Palikocie jest spory kłopot. Człowiek śledzi jego polityczny życiorys i myśli: „ot znalazł się taki gość, no po prostu sobie jest”. Życie polityczne w Polsce obrosło w wiele dziwnych zdarzeń i ludzi, był Stan Tymiński i jego walizka, mdlejący na trybunie sejmowej premier, był  chłopski Solaris, był wreszcie trybun ludowy któremu pomyliły się garnitury i ubrał za duży. I dla Palikota coś tu się znajdzie. W takiej stawce wypada dobrze. Po prostu, polska polityka nie lubi wyznaczać sobie granic, a z całą pewnością przekracza te które są. Zresztą pewnie nie ma tu żadnego polskiego rysu.

Z drugiej strony, mamy szczelny system polityczny stroniący od nowości, gdzie markę wyrabia się latami. Na jego straży ordynacja proporcjonalna, czyniąca z animatorów list głównych graczy sceny politycznej, gdzie kanał rekrutacji młodych wiedzie od zbierania podpisów do sympatii prezesa. Dalej jest metoda d’Hondta premiująca większe partie, ustawa o finansowaniu partii politycznych eliminująca z gry mniej zamożnych, oraz ustawa o wyborze prezydenta, zgrabnie eliminująca naiwnych graczy nielegitymizowanych przez partie i ich fundusze. Po chwili zastanowienia przychodzi myśl, chłopaki z Wiejskiej lepiej sobie tego obmyślić nie mogły, system jest nie do obejścia.

A jednak nagle pojawia się tu zamożny typ o niewyparzonym języku, któremu przyświeca cel odegrania roli w tym skostniałym systemie. Co więcej, wbrew logice polskiego życia parlamentarnego, potwierdzonego paroma politycznymi upadkami, postanawia odejść z mainstreamowej PO, by pograć sobie trochę w pojedynkę. Do tego czasu świetnie zapoznany ze swoją rolą partyjną, niby na obrzeżach PO, w istocie będąc jednym z epicentrów jej antypisowskiego PR-u, tu i ówdzie się produkuje. Raz błyśnie pełnym troski zapytaniem o domniemany alkoholizm Prezydenta Kaczyńskiego, innym razem wskoczy na wieżowiec papierów ilustrując społeczeństwu zgubną rolę przeregulowanej gospodarki, po to by za jakiś czas znowu rzucić bluzgiem w stronę „pisiorów”, zawsze z szumem.
I wszystko funguje jak ta lala. Tusk w razie czego skwapliwie się zdystansuje, bo cóż tu zrobić, rzeczywiście smak odszedł kolejny raz do lamusa, ale przecież wszyscy Janusza znamy, już taki jest, ot kochany rozrabiaka. A że przy okazji ukręci się parę politycznych lodów, tym lepiej.

I staje się. Janusz Palikot odchodzi z PO. Początkowo obdzielany syto zainteresowaniem mediów wysoko szybuje w sondażach. Jeden z drugim pomyśli, kto nie szybował na początku? I SDPL dawniej, i PJN sięgając nieco bliżej, po prostu zdarzył się news dziennikarski, musiał sobie trochę pożyć, a na koniec wiadomo, Polacy lubią bluffować zainteresowaniem niezmiennie wracając do starych preferencji. Zresztą by jeszcze wspomnieć, cieszący się jednym z najwyższych wyników zaufania społecznego w III RP Jacek Kuroń, zdążył w wyborach prezydenckich, mimo wsparcia machiny „GW”, przegrać z kretesem. Jak dodamy do tego, że gros respondentów na pytanie, czy biorą pod uwagę reklamę i markę przy zakupie proszku do prania, odpowiadają nie, łamigłówka nam się domyka, a obraz staje się jasny.

Tu miało być identycznie i do pewnego momentu było. Nieborak opuścił łamy prasy, dziennikarze z tvn24 nie kwapili się z zaproszeniami, no a przecież gumowa pała drugi raz nie chwyci. Nastała grobowa cisza, a polityka sunęła dalej, tyle że bez Palikota. I tak przez długi czas, aż nasz szacowny bohater powrócił. Ale dlaczego?
Niezmiennie mam wrażenie że odpowiedź jest bardzo prozaiczna i trudno tu o zagmatwane dezyderaty, bo Palikot tuż po pierwszym sondażowym boomie i Palikot wchodzący przebojem do sejmu z 10procentowym poparciem, to Ci sami ludzie. Tam i tu zrodził go kontekst, tam i tu nie ma przed sobą żadnych realnych perspektyw władzy. To co bowiem jest jego potencjałem, w dłuższej perspektywie musi go ograniczać.
A co dokładnie? Głównie charakterystyka polskiego społeczeństwa, które na co dzień zachowawcze dla odrobiny kolorytu podłechta nieuzasadnione ambicje politycznego kabotyna bez odrobiny smaku. Wspólnie powygarniamy ”czarnym”, może nawet żachniemy się na opodatkowanie tych ”złodziei” w sutannach, by po chwili spuścić z tonu. Niby każdy z nas zaśmieje się z gagu o pedofilskich inklinacjach księży, ale jednak nic z tego politycznie nie wyrośnie. Zawsze ten ciemnogrodzki polski katol weźmie Palikota w nawias z adnotacją: czasem zabawny, ale chyba nie do końca poważny…

Ktoś może oponować i pytać „To skąd te 10%?”. Ja wtedy przejdę do odpowiedzi wyliczając miarowo i spokojnie. Bo dobrze zainwestował w chwilę przed wyborami te parę kampanijnych milionów, angażując Tymochowicza i przerywając niebywałą flautę medialną. Bo Napieralskiemu skończyły się wszystkie budki z kebabami w tym kraju, albowiem wszystkie wystąpiły  w jakimś jego wcześniejszym spocie. Bo rzeczony, wielce charyzmatyczny przywódca lewicy postanowił zniechęcić najzagorzalszych, pozostając ramię w ramie jedynie z PZPR-owskim betonem. Bo Kaczyński do ostatniego tygodnia był nieco uważniejszy i nie notował tylu co zawsze wpadek. Wreszcie, bo wyborcze młodziki z części swojego wątpliwego światopoglądu i przekonania, że z tą Polską w budowie to jakieś polityczne jajo, postanowiły namaścić kogoś spoza stada.

Na koniec już tylko krótko o perspektywach, bo znajdzie się na to czas w innym wpisie kiedy indziej. Tych zwyczajnie nie ma, Polacy jak dali tak zabiorą, znudzą się tanimi numerami, bo przyjdzie kryzys i popędzą szukać wśród dwójki głównych rozgrywających. A Palikot zamiast tworzyć i budować struktury na serio, czy poważnieć, będzie grzał polityczną ławę. Gdzieś wejdzie na ostatnie 10 minut przy wyniku 3:0, solidnie się rozgrzeje, by po chwili zauważyć że koledzy z boiska go olewają. Oczywiście po końcowym meczu będzie mógł ściągnąć koszulkę, sięgając sławy na miarę swojego politycznego potencjału.
A ja prywatnie nie będę posiadał się z radości, że nieistotne coś skończyło się tak nieistotnie.

sobota, 22 października 2011

Nie wszystko da się zadekretować Panie Prezesie

Wybory parlamentarne 2011 za nami, a już mamy zabawną ruchawkę w szeregach PiS. Wiemy o tym pewnie nie przez własną nadmierną ciekawość tego, co po porażce słychać u opozycji. O dziwo, w sukurs nie idzie też  działająca niczym przedsiębiorstwo w czasie rzeczywistym* „Gazeta Wyborcza”, która podczas ostatniego wewnętrznego kongresu metodologicznego ustaliła, że aby sfalsyfikować rzeczywistość copyright GW potrzeba minimum czterech enuncjacji prasowych na temat Pana Prezesa. Na tym szacownym gremium zresztą zagadnienie się nie kończy, bo i parę telewizyjnych stacji może tu walczyć o palmę pierwszeństwa dybiąc na Pana Prezesa dzień i w nocy w poszukiwaniu Irasiadów i tym podobnym bardzo doniosłym wydarzeniom.

Tym razem ku naszemu zdziwieniu news wyszedł z samego PiS, co każe się mocno nad nim pochylić. Jakże to, czyżby jakieś przemyślane działania? A gdy do tego okazało się, że news zaczyna nosić znamiona strzału w stopę, zyskaliśmy pewność, o kogo chodzi. Rzecz jasna, geniusze strategii z szeregu pisaków.
No więc do rzeczy. Po chwili, skądinąd słusznej, mającej rozmydlić porażkę ciszy przerywanej zaprzeczeniami Pana Kaczyńskiego do pytań o rozliczenia, doszło naszego słuchu, że PiS idzie w kierunku centrum. Ten jedyny racjonalny wniosek dla tej partii jaki się rzuca w polskim systemie quasi-dwupartyjnym, gdzie mamy dwóch głównych kopaczy i przystawki odgrywające swoje pomniejsze role z tzw. nadwyżką relewancji jest oczywiście słuszny, ale…. Ale się go nie ogłasza, tak jak nie uchwala się ustawy o wolnym rynku jak to onegdaj zrobił Jerzy Hauser. I jedno i drugie jest groteskowe, bo się ma po prostu dziać bez naszych zbędnych słów, ot gdzieś w tle.

Na sam koniec zaś możemy sobie hipotetycznie stwierdzić: w Polsce to dopiero mamy wolny rynek. (sic!) Tak więc Szanowna Opozycji, mądrzejcie, grajcie sprytniej, kopcie poniżej pasa gdy nie patrzą, i nade wszystko niczego nie dekretujcie!

* W oryginale Real time enterprise (RTE), tzn. organizacje na wzór sieci Wallmart, w której w dzień po 11 września nie zabrakło flag amerykańskich.

czwartek, 20 października 2011

Ciężkie czasy Łyżwińskiego

Powodów stworzenia tego blogu jest wiele. Jedne są prozaiczne, innym towarzyszy trochę refleksji, ten ostatni jest bardzo przekorny. Prozaiczne pominę, bo to nieciekawe. Z refleksyjnych: jesień za oknem, beznadzieja w kinie, nieznające umiaru gadające telewizyjne głowy, generał Jaruzelski aspirujący do rangi męża stanu, obcesowi dziennikarscy natręci, a ponad tym wszystkim opary obrzydliwej narracji paru nieciekawych typków puszczających do siebie oko po kolejnym udanym geszefcie. W zasadzie pisząc „rzeczywistość społeczna” ująłbym to samo.

Pozostaje jeszcze powód przekorny, niby zabawny, niby nie, z całą pewnością dostarczający wielu ludziom znającym autora niniejszego blogu doskonałej rozrywki, z którą ów autor musi sobie jakoś radzić. Ten powód to nazwisko, niebudzące do pewnego momentu emocji, a które przyszło mi dzielić ze, skądinąd sławniejszym, acz niekoniecznie zacnym reprezentantem pewnej partii politycznej. Odtąd moje życie nie mogło wyglądać tak samo, a za ilustrację może posłużyć uwaga pewnego uniwersyteckiego belfra przy okazji sprawdzania listy z nazwiskami, który przy moim się zatrzymał i rzekł sardonicznie: „Co? Ciężkie czasy trochę?” J. Tak więc niech ten blog będzie na pohybel owym szyderczym milusińskim i oby się im zatrzymał w gardle każdy zacny Łyżwiński w naszym pięknym Prywiślańskim Kraju. Oj będziecie się Panowie i Panie krztusili.

W blogu moim będzie o polityce językiem rozdyskutowanego uniwersyteckiego absolwenta, najczęściej ze smakiem, acz nie zawsze, będą polemiki i komentarze, ale ponad wszystko będą emocje. Od faulowania też nie będę stronić, choć wtedy tylko gdy nikt nie patrzy.
Pojawią się też recenzje książek, lepsze czy gorsze, zawsze dobierane arbitralnie i bez żadnej systematyki. Ot tak jak mi się w głowie ułoży, tu Szkoła Austriacka, tam Vargas Llosa.

Wreszcie będą filmy, te kinowe z rzadka, z telewizji w ogóle, bo nie posiadam tego wynalazku, przeszacowany zaś na pewno będzie udział mojego ukochanego czeskiego kina w światowej kinematografii bo… No właśnie. Bo nie uświadczy tam człowiek behawioralizmu, bo lewy biceps na koszulce nie wyklucza, że prawy uległ wypadkowi, bo ludzie nie zawsze przeżywają widoczne rozterki, bo dwa zabawnie podane i złożone ze sobą nieszczęścia najczęściej dają trzecie, bo film nie musi mieć finału, a śmiech jak się okazuje po wszystkim był gorzką refleksją i daje do myślenia. Wreszcie - bo to kino jest znakomite.

Na koniec usprawiedliwię się jeszcze tylko, że nie piszę o sobie ale zwyczajnie mógłbym nie utrzymać na wodzy swojego obrzydliwego narcyzmu, którego piętno tym to sposobem musi spłynąć w całości na moją ukochaną żonę.