Czyta się ten ”Cud nad Wisłą” Marcina Wolskiego wybornie. Upłynie raptem człowiekowi parę godzin popołudnia, wypita herbata przy boku nie upomni się o następną, bo zapomni, a głowa pełna politycznych marzeń będzie pękać w szwach. Stać się zaś może tak tylko wtedy gdy autor, znany anestezjolog polityki i humoru, postanawia sobie pofolgować z historią najnowszą w tle, wprawiając nas tym w śmiech i zadumę, i to raczej tę smutną.
Śmiech atakuje pierwszy i nie puszcza do końca, bo skąd u licha w człowieku ma się wziąć tyle siły, by nie spaść z fotela przy nomenklaturze grających zawsze w duecie braci Indykiewiczów, naczelnym dużej tuby propagandowej Adamie Pyszniku, znanym ze swego wigoru premierze Małopolskim, dla którego wszystko idzie za szybko, i byłym trybunie ludowym, Szwendale, który ocknąwszy się dostrzega u siebie niepokojące oznaki pewnej szkarady.
Ten jednocześnie elektryk, o zgrozo bowiem, zauważa u siebie erudycję, dotychczas jedynie innym komplikującą życie poczwarę, fundującą mu na zawołanie myśli, o które nie podejrzewałaby go nawet zawieszona na klapie jego sweterka i dzielnie znosząca plusy dodatnie i ujemne Matka Boska. Numer jest przedni o tyle, że od teraz cała jesień narodów demoluje nam nasze dotychczasowe wyobrażenia o historii najnowszej, a jak, to już wyczytacie Państwo dokładniej z samej lektury.
Zaduma uderza rzadziej, choć nie mniej skutecznie i jak już utrąci pod lewy bok to boli bardzo. Można zresztą ją poznać nie po samym bólu, a rzucającym się, doniosłym ”a mogło być tak pięknie i nieskomplikowanie”. Cóż, taki to już… hmm… plus ujemny książki… parę czkawek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz