Marcin Wolski przystępując do pisania Miejsca dla dwojga znów napotkał ten sam problem braku problemów, co przy każdej spośród swoich pozostałych trzystu dwudziestu czterech napisanych książek. Znów poszło jak z płatka, fabuła okazała się zwiewna, a portrety charakterologiczne postaci dawały pewność świetnie sprzedającej się całości, jednej ze wspomnianych, tym razem już, trzystu dwudziestu pięciu.
A jednak ta pozorna błogość pisania na kolanie wciąż ustępowała poczuciu nudy, okropnej i zdałoby się nieludzkiej, nie dającej chwili wytchnienia, by ot zgubić trochę istotnych faktów z dopinającej się fabuły, wyrzucić parę zabazgranych stron do kominka po drugiej stronie pokoju, czy wreszcie walczyć o happy end, który jak to happy end, przyszedł do głowy panu Marcinowi gdy ów się golił. Dodać trzeba, że wspomniany pan Marcin ma golarkę, jakby ją określili korzystający z angielskiego narzecza, top of the range, dla której minuta na golenie to aż za nadto. Kawę też przyszło autorowi wypić w dojmującej nudzie, mając już wymyślone szkice kolejnych powieści. I tak na co dzień, słowem istny krzyż Pański.
A tak już zupełnie serio to takie się odnosi wrażenie przy tym znanym z prawicowych inklinacji dżentelmenie. W Miejscu dla dwojga mamy dwójkę bohaterów, oczytanego jedynaka i eunucha, powoli dorastającego do konstatacji, że pewnych marzeń to już raczej nie zrealizuje, i piękną młodą kobietę z prowincji, dla której stacja „spełnione marzenia” pojawiła się na horyzoncie zbyt szybko, i jak wszystko co zbyt szybko, musiała się wykoleić. Te ”chodzące nieszczęścia” będą się musiały, jakby to nie było nieprawdopodobne, spotkać, o co już Marcin Wolski solidnie się postara, okraszając nam tytuł eksterioryzacjami, podróżami w czasie, amerykańskim wywiadem i polskim półświatkiem. Wszystko to zaś dostarczy nam kawał frajdy, no i niestety ciut nostalgii za światem, na którym takie historie się jeszcze trafiają. To ostatnie musimy jednak przełknąć z inwentarzem ku ogólnej, finalnej uciesze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz