Trafiłem na ten film trochę z przypadku. Początkowo powodowały mną obawy, że tak dla mnie zacna politycznie figura jak Margaret Thatcher w starciu z wymogami współczesnych ekranizacji musi wypaść blado. I nie pomogą tu liczby, ekonomiczna prosperita brytyjskiej gospodarki po opuszczeniu Downing Street przez panią premier, niewzruszona postawa w walce ze związkowymi terrorystami i establishmentem, czy wreszcie droga jaką przeszła od córki sklepikarza via Oxford, aż po premierowanie Zjednoczonemu Królestwu.
Te obawy wzmogła też predylekcja dzisiejszego kina, by niezmiennie wpychać jakiś politycznie poprawny kąsek, dla ”estetycznej równowagi” i by żyło się dobrze z producentem. Tu wachlarz się nie wyczerpuje, mamy więc z urzędu czarny kolor skóry nieznanego do tej pory historiografii bohatera, jest on gejem bądź lesbijką w razie zarzutów o brak pluralizmu. Reprezentuje, choć niepotrzebnie sięgam tu po truizm, głos rozsądku w jakimś sporze, jest pełen ogłady, spokoju, no i nie sposób go czy jej czy…. nie wiem, nie lubić. Tu na szczęście odbyło się bez lewackich kawałów.
Co więc zadecydowało o pójściu na film? Chyba otoczenie i brak asertywności. Zresztą wyszło dobrze, bo mogę parę słów o tym filmie napisać.
Jaki jest zatem sam film? Z grubsza słaby, nierówny i powierzchowny.
Sama zaś Meryl Strzep po której zawsze należy się spodziewać dużo tu nie rzuciła na kolana. To na początek.
Sama zaś Meryl Strzep po której zawsze należy się spodziewać dużo tu nie rzuciła na kolana. To na początek.
Głównie w filmie Panią Thatcherową widzimy jako mocno starszą choć wciąż sprawną na umyśle osobę, pozostawioną na pastwę licznej służby, cyklicznych odwiedzin córki i halucynacji, gdy nieżyjący mąż występuje jako partner w codziennych domowych rytuałach. Stopniowo też poprzez retrospekcje dowiadujemy się coraz więcej o życiowej drodze, bo ukazuje nam się zasadniczy do bólu ojciec, niepozbawiony erystycznych talentów na miarę lokalnej polityki, czy choćby kuriozalna scena z masłem zakrywanym szklanym kloszem przez młodą Margaret podczas niemieckich bombardowań. Dalej widzimy pryncypialną młodą kobietę zdobywającą towarzyskie szlify, przedzierającą się przez szeregi brytyjskich torysów i szukającą tam należnego miejsca dla swojej inteligencji i pomysłów.
Kolejno potem trochę ”kroniki wydarzeń” z brytyjskiej historii z główną bohaterką w tle przeplecione wątkiem relacji z wiecznie depresyjną córką, czy całonocnym pakowaniem i segregowaniem rzeczy po nieżyjącym mężu.
Wszystko dojmująco płaskie, no bo czego niby się dowiadujemy? Że pani premier przeforsowała interwencje na Falklandach, że jest surowa w obyciu, że pije herbatę, że nieładnie potraktowała swojego asystenta, i że…. a to już istne barbarzyństwo, chciała podatku liniowego, co notabene według reżysera ją pogrążyło.
Ktoś wyduma coś o skrojeniu filmu na miarę nas samych, o bezbarwnych czasach w których i taki film powinien być wartością. Ja się wtedy jowialnie uśmiechnę i odejdę bez słowa, na potrzeby zaś tej quasi-recenzji napisze, że warto w dobie inflacji pozornej wielkości i geniuszu dostrzec między nami osobę autentycznie wielką i wybitną i odrobić zadanie na więcej niż trzy minus. Uczeń niestety korzystał z bryków, trzy razy zerknął do słownika, dzięki czemu nie popełnił błędów gramatycznych, ale duszy sprawie nie oddał, przez co wypadł po prostu przeciętnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz