Współczesny establishment ma wielu ulubieńców, którymi garściami nam sufluje. Nie można ich nie znać, nie słuchać, warto też podobno czasami ich czytać. Nikt do końca wprawdzie nie wie dlaczego, ale to już zupełnie niepotrzebna drobiazgowość niżej podpisanego.
Mamy więc pewnego pana w czerwonych portkach i oprawkach okularów, który zawsze do nas krzyczy, czy raczej charczy bełkotliwie, w każdym razie jakoś tak. Mamy też premiera z gatunku patologicznych leni, który za to nosi fajne garnitury, dobrze wypada na zdjęciach ze strażakami, i jak niektórzy co śmielszy donoszą, czasami nawet podobno się wkurza. Mamy wreszcie znanego metalowca, czy kabotyna, sam już dokładnie nie pamiętam, którego kwalifikacje do rozprawiania o religii nie mogą nie budzić szacunku.
Ten niezmącony niczym krajobraz świata mędrców bez skazy ma jednak swoje cienie. Wśród nich, tu rzucamy na bezdechu, wszelkiej maści ksenofobowie, homofobowie, mizogini, czy seksiści, łącznie występujący jako przedstawiciele ciemnogrodu, współczesne ultima ratio regum. Jak cię z nim skojarzą, przepadłeś z kretesem, nie licz na estymę, ba….nie licz nawet utracjuszu na jakiekolwiek ludzkie odruchy. Skopią, zakopią a potem rzucą coś o prawach człowieka.
Słowem zacny to świat, zbyt wysokie progi dla naszych wątłych sumień i dusz, próżno tam nam grzesznym szukać miejsca i strawy.
I gdy już tak zaakceptujemy swój marny los, pogodzimy się z niebagatelną stratą bycia częścią establishmentu, możemy sobie przynajmniej poczytać. Tego akurat oni się nie boją, bo sami nie muszą, oni po prostu są……….
Na co jednak ten przydługawy wstęp, miało być o książce i autorze?
Miało być i jest, bo każdy kto przedrze się przez te niespełna dwieście stron Króla zza morza Jeana Raspaila, po czym na dodatek jeszcze zauważy u siebie satysfakcję z lektury, bez trudności jednocześnie rozszyfruje ten potrzebnie zgryźliwy ton wstępu mojej recenzji, pełen nieskrywanej pogardy dla nich, dla większości, czy jak chciałby autor, dla dzieci demokracji.
Jean Raspail to autor na którego trzeba zasłużyć, nie bywa bowiem w telewizji, nie zbiera wieńców laurowych, nie dostanie paszportu polityki, nie przywołuje się go, gdy płoną przedmieścia Paryża. Czyż jest dzisiaj na tym tandetnym świecie inna rękojmia talentu i erudycji?
On, niepoprawny politycznie wstecznik, rebeliant w imię monarchii, marzyciel i realista zarazem, zły prorok bezeceństw współczesności, piszę do swojego króla Filipa VII Faramunda, którego nie ma a jednak jest, bo powstał z jego pragnienia restauracji świata z początku. Jest w tym pisaniu recepcja wiecznego porządku powstałego z Boga, jego wyższość, są troski o wymyślonego króla z równoległego królestwa. Być może jest też proroctwo upadku republiki?
To chyba jednak zbyt wiele jak na barki zatroskanych, współczesnych ”człowieków honoru”, toteż mocno trzeba przewertować półki biblioteczne, zanim wyłoni się z nich Król zza morza. Szczęśliwie nie mówi o tej książce też Jolanta Pieńkowska, dziennikarka jednej z wiodących stacji telewizyjnych, co niżej podpisany uznaje za empiryczny dowód na istnienie Stwórcy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz