niedziela, 23 października 2011

Palikot, czyli z dziejów politycznego głupstwa

Z pisaniem o Palikocie jest spory kłopot. Człowiek śledzi jego polityczny życiorys i myśli: „ot znalazł się taki gość, no po prostu sobie jest”. Życie polityczne w Polsce obrosło w wiele dziwnych zdarzeń i ludzi, był Stan Tymiński i jego walizka, mdlejący na trybunie sejmowej premier, był  chłopski Solaris, był wreszcie trybun ludowy któremu pomyliły się garnitury i ubrał za duży. I dla Palikota coś tu się znajdzie. W takiej stawce wypada dobrze. Po prostu, polska polityka nie lubi wyznaczać sobie granic, a z całą pewnością przekracza te które są. Zresztą pewnie nie ma tu żadnego polskiego rysu.

Z drugiej strony, mamy szczelny system polityczny stroniący od nowości, gdzie markę wyrabia się latami. Na jego straży ordynacja proporcjonalna, czyniąca z animatorów list głównych graczy sceny politycznej, gdzie kanał rekrutacji młodych wiedzie od zbierania podpisów do sympatii prezesa. Dalej jest metoda d’Hondta premiująca większe partie, ustawa o finansowaniu partii politycznych eliminująca z gry mniej zamożnych, oraz ustawa o wyborze prezydenta, zgrabnie eliminująca naiwnych graczy nielegitymizowanych przez partie i ich fundusze. Po chwili zastanowienia przychodzi myśl, chłopaki z Wiejskiej lepiej sobie tego obmyślić nie mogły, system jest nie do obejścia.

A jednak nagle pojawia się tu zamożny typ o niewyparzonym języku, któremu przyświeca cel odegrania roli w tym skostniałym systemie. Co więcej, wbrew logice polskiego życia parlamentarnego, potwierdzonego paroma politycznymi upadkami, postanawia odejść z mainstreamowej PO, by pograć sobie trochę w pojedynkę. Do tego czasu świetnie zapoznany ze swoją rolą partyjną, niby na obrzeżach PO, w istocie będąc jednym z epicentrów jej antypisowskiego PR-u, tu i ówdzie się produkuje. Raz błyśnie pełnym troski zapytaniem o domniemany alkoholizm Prezydenta Kaczyńskiego, innym razem wskoczy na wieżowiec papierów ilustrując społeczeństwu zgubną rolę przeregulowanej gospodarki, po to by za jakiś czas znowu rzucić bluzgiem w stronę „pisiorów”, zawsze z szumem.
I wszystko funguje jak ta lala. Tusk w razie czego skwapliwie się zdystansuje, bo cóż tu zrobić, rzeczywiście smak odszedł kolejny raz do lamusa, ale przecież wszyscy Janusza znamy, już taki jest, ot kochany rozrabiaka. A że przy okazji ukręci się parę politycznych lodów, tym lepiej.

I staje się. Janusz Palikot odchodzi z PO. Początkowo obdzielany syto zainteresowaniem mediów wysoko szybuje w sondażach. Jeden z drugim pomyśli, kto nie szybował na początku? I SDPL dawniej, i PJN sięgając nieco bliżej, po prostu zdarzył się news dziennikarski, musiał sobie trochę pożyć, a na koniec wiadomo, Polacy lubią bluffować zainteresowaniem niezmiennie wracając do starych preferencji. Zresztą by jeszcze wspomnieć, cieszący się jednym z najwyższych wyników zaufania społecznego w III RP Jacek Kuroń, zdążył w wyborach prezydenckich, mimo wsparcia machiny „GW”, przegrać z kretesem. Jak dodamy do tego, że gros respondentów na pytanie, czy biorą pod uwagę reklamę i markę przy zakupie proszku do prania, odpowiadają nie, łamigłówka nam się domyka, a obraz staje się jasny.

Tu miało być identycznie i do pewnego momentu było. Nieborak opuścił łamy prasy, dziennikarze z tvn24 nie kwapili się z zaproszeniami, no a przecież gumowa pała drugi raz nie chwyci. Nastała grobowa cisza, a polityka sunęła dalej, tyle że bez Palikota. I tak przez długi czas, aż nasz szacowny bohater powrócił. Ale dlaczego?
Niezmiennie mam wrażenie że odpowiedź jest bardzo prozaiczna i trudno tu o zagmatwane dezyderaty, bo Palikot tuż po pierwszym sondażowym boomie i Palikot wchodzący przebojem do sejmu z 10procentowym poparciem, to Ci sami ludzie. Tam i tu zrodził go kontekst, tam i tu nie ma przed sobą żadnych realnych perspektyw władzy. To co bowiem jest jego potencjałem, w dłuższej perspektywie musi go ograniczać.
A co dokładnie? Głównie charakterystyka polskiego społeczeństwa, które na co dzień zachowawcze dla odrobiny kolorytu podłechta nieuzasadnione ambicje politycznego kabotyna bez odrobiny smaku. Wspólnie powygarniamy ”czarnym”, może nawet żachniemy się na opodatkowanie tych ”złodziei” w sutannach, by po chwili spuścić z tonu. Niby każdy z nas zaśmieje się z gagu o pedofilskich inklinacjach księży, ale jednak nic z tego politycznie nie wyrośnie. Zawsze ten ciemnogrodzki polski katol weźmie Palikota w nawias z adnotacją: czasem zabawny, ale chyba nie do końca poważny…

Ktoś może oponować i pytać „To skąd te 10%?”. Ja wtedy przejdę do odpowiedzi wyliczając miarowo i spokojnie. Bo dobrze zainwestował w chwilę przed wyborami te parę kampanijnych milionów, angażując Tymochowicza i przerywając niebywałą flautę medialną. Bo Napieralskiemu skończyły się wszystkie budki z kebabami w tym kraju, albowiem wszystkie wystąpiły  w jakimś jego wcześniejszym spocie. Bo rzeczony, wielce charyzmatyczny przywódca lewicy postanowił zniechęcić najzagorzalszych, pozostając ramię w ramie jedynie z PZPR-owskim betonem. Bo Kaczyński do ostatniego tygodnia był nieco uważniejszy i nie notował tylu co zawsze wpadek. Wreszcie, bo wyborcze młodziki z części swojego wątpliwego światopoglądu i przekonania, że z tą Polską w budowie to jakieś polityczne jajo, postanowiły namaścić kogoś spoza stada.

Na koniec już tylko krótko o perspektywach, bo znajdzie się na to czas w innym wpisie kiedy indziej. Tych zwyczajnie nie ma, Polacy jak dali tak zabiorą, znudzą się tanimi numerami, bo przyjdzie kryzys i popędzą szukać wśród dwójki głównych rozgrywających. A Palikot zamiast tworzyć i budować struktury na serio, czy poważnieć, będzie grzał polityczną ławę. Gdzieś wejdzie na ostatnie 10 minut przy wyniku 3:0, solidnie się rozgrzeje, by po chwili zauważyć że koledzy z boiska go olewają. Oczywiście po końcowym meczu będzie mógł ściągnąć koszulkę, sięgając sławy na miarę swojego politycznego potencjału.
A ja prywatnie nie będę posiadał się z radości, że nieistotne coś skończyło się tak nieistotnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz